Refleksja z Alentejo

Nie podróżuje się tylko po to, by pooddychać innym powietrzem, posłuchać innego języka, powąchać innych kwiatów, spróbować innego pieczywa, czy po prostu być w innym miejscu, odpoczywając od tego co otacza nas przez okrągły rok rutyny codzienności. Podróże to przede wszystkim lustro, w którym przeglądamy się na nowo, w którym widzimy siebie w zupełnie innym świetle. Chodzi tu o porównanie, zwyczajny punkt odniesienia. Porównywanie bowiem stanowi jeden z najważniejszych elementów poznania i nabywania wiedzy o świecie i człowieku.  Załóżmy, że ktoś całe życie jada jeden rodzaj zupy, powiedzmy pomidorówkę, odmawiając stanowczo jakichkolwiek innych płynnych klasyków, cóż wie on o zupie? Cóż daje mu zatem nagłe spróbowanie innego gatunku zupy, dajmy na to grochówki? Korzyści mierzyć tu można w dwóch wymiarach. Po pierwsze zyskuje on nową wiedzę, ot zwyczajną wiedzę o istnieniu nowej zupy we wszechświecie. Po drugie i najważniejsze, daje mu to możliwość porównania dwóch zup, a to rzecz fundamentalna i ze wszech miar istotna. Delikwent może bowiem na podstawie takowej próby kulinarnej stwierdzić, iż zupa, którą właśnie spałaszował jest o niebo lepsza niźli polewka, którą dotychczas zajadał z zachwytem. Jednocześnie, może on utwierdzić swe życiowe przekonanie o wyższości pomidorówki nad grochówką. Jedzący dowiaduje się więc nie tylko czegoś o grochówce, ale i czegoś nowego o pomidorówce. W obu przypadkach, mamy do czynienia z ogromnym sukcesem poznawczym, a to krok do zrozumienia świata.

Portugalia-Podróże Guliwera

To właśnie dlatego Lemuel Guliwer z powieści Jonathana Swifta, na którego często się powołuję, po powrocie ze swych wojaży do odległych krajów nie chciał już patrzeć na swą drogą żonę, wybierając przy tym nocleg w stajni u boku swych koni. W czasie swych podróży dowiedział się on bowiem tak wielu złych rzeczy o rasie ludzkiej, że zapałał doń niczym nieskrępowaną nienawiścią.

Nie chcę tu bynajmniej nikogo do nienawiści namawiać. Chodzi tylko o to, aby w podróżowaniu znaleźć również sposób na lepsze poznanie siebie.

Podróż, która pozwoliła mi ujrzeć na nowo siebie, a przede wszystkim miejsce, z którego pochodzę rozpoczęła się na lotnisku Okęcie przy blisko 25 stopniach mrozu. Kiedy po ponad czterech godzinach lotu wysiadłem w Lizbonie, lotniskowy termometr pokazywał 22 stopnie ciepła. Już ta blisko pięćdziesięciostopniowa różnica temperatur wywołała u mnie dziką euforię, lecz najlepsze było wciąż przede mną. Nie stolica Portugalii była bowiem celem mojej podróży, a jej południowy region Alentejo.

Był to wyjazd do pewnego stopnia służbowy, a więc ograniczony byłem czasem i z góry narzuconym planem wycieczki ochoczo realizowanym przez gospodarzy. A kim byli gospodarze? To członkowie stowarzyszenia mającego swą siedzibę w mieście Evora, największym i najważniejszym mieście w Alantejo. Stowarzyszenie zajmuje się szeroką pojętą edukacją ekologiczną, prowadzi projekty związane z aktywowaniem mieszkańców regionu Alentejo, promuje najważniejsze zabytki i tradycje regionu współpracując z UNESCO, pod którego auspicjami otworzyli niedawno centrum zajmującym się efektywnym wykorzystaniem wody i energii. Brzmi niesamowicie i trochę jak z ulotki, którą ukradkiem wyrzucamy do kosza jak ulotkarz nie widzi. Rzecz polega jednak na tym, że te ich działania to nie tylko ulotkowa, upiększona teoria. Na własnej skórze przekonałem się, że moi gospodarze po prostu zakochani są w swym Alentejo i za nic w świecie nie namówię ich na przeprowadzkę do Acapulco, Californii czy chociażby Bytomia.

Z czego zatem słynie portugalski region Alentejo? Jest to główny rolniczy region kraju, słynący z uprawy dębu korkowego, produkcji pysznego miodu i oczywiście winorośli. Nic więc szczególnego, prawda? Cóż takiego oferuje ten region turystom czy zakochanym w nim miejscowym, czego nie można znaleźć gdziekolwiek na świecie? No właśnie nic takiego szczególnego – korek, wino, miód. Oprócz tego rzymskie zabytki, pagórkowate widoki, miasteczka z klasyczną alentejańską architekturą. Kochają swoją małą ojczyznę i tyle. Za to właśnie, że jest wypadkową tych kilku elementów, które budują jego kulturową tożsamość. Z dumą zabrali nas do korkowego świata gdzie prezentowano nam jego proces produkcyjny i korkowe ludowe wyroby od butów począwszy, na korkowych makietach miast średniowiecznych skończywszy. Co można było kupić w muzeum korka? Oczywiście miód. Oczywiście stąd – z Alentejo. Produkowany kilka kilometrów dalej. Zabrano na do fabryki wina, w której szef firmy w wypiekami na twarzy i z nieskrywaną dumą prowadząc degustację i prezentacje miejscowych win, za każdym razem z podkreślał, że jest to wyrób stąd  – z Alentejo, co zawsze umieszcza się w widocznym miejscu przedniej etykiety. Zabrano nas na wodną przejażdżkę po jeziorze Alqueva będącego rozlewiskiem rzeki Guadiana, która biegnie wzdłuż granicy z Hiszpanią. I nawet tu na łodzi, opowiadano nam o wielkim znaczeniu samej rzeki i tworzonych poprzez system wielu tam rzecznych wielkich zbiorników wodnych, które wykorzystywane są w gospodarce wodnej regionu. Mówiono nam o jednej z największych tam i jednym z największych zbiorników w Europie Zachodniej, który nie tylko zaopatruje cały region Alentejo w wodę ale również produkuje prąd w swej elektrowni o mocy 518.4 megawatów. I proszę mi uwierzyć na słowo – oni wszyscy o tym opowiadali jak my o meczu Polska-Anglia w 1973 roku, jak o bitwie pod Grunwaldem. Za każdym razem kiedy mówili o swoim ukochanym regionie, mieli na twarzach rumieńce niczym żona Rumcajsa, a oczy płonęły im z pasją i zapalczywością jak opony pod ministerstwem rolnictwa. Kochają swój region. I już.Portugalia-Podróże Guliwera

Wyciągnąłem wnioski z tej lekcji. Czemu jesteśmy dumni jedynie w skali narodowej, skali makro? I to tylko wtedy kiedy Stoch skoczy 250 metrów w Planicy, albo „Lewy” siepnie 5 bramek w 8 minut. Czemu nie jesteśmy częściej dumni z własnego regionu, w skali mikro? Przecież to tu mieszkamy i stąd się wywodzimy. Pamiętajmy o tym co mijamy codziennie w drodze do pracy, a co stało się dla nas rutyną, która traci na wartości, właśnie dlatego, że jawi nam się jako nudna codzienność.

Najstarsze góry w Europie, jabłka i cydr z Sandomierza, neolityczna kopalnie krzemienia w Krzemionkach, porcelana z Ćmielowa, krówka opatowska, dymarki z Nowej Słupi,  zalewajka, czarownice, dinozaury, pasiak świętokrzyski – czy trzeba jechać aż do Alentejo, aby spojrzeć na swój region z innej, lepszej perspektywy? Widocznie trzeba.  Taka refleksja.

Posted in Podróże guliwera and tagged .