Podróże Guliwera Ukraina

Granica absurdu

 

Dzisiejszy świat obfituje w absurdy. Skarpety do sandałów, wysokość składki ZUS, ciepłe lody, mistrzostwa świata w piłce nożnej w Katarze…to tylko kropla w morzu.

Jeśli ktoś chciałby się znaleźć na Mount Evereście absurdu i niedorzeczności, proponuję podróż na Ukrainę samochodem przez przejście graniczne Medyka – Szeginie. Jadąc na kilka dni do Lwowa, zdecydowaliśmy zaryzykować i przekroczyć samochodem granicę, na której tak wielu Polaków w latach 80tych wylało morze łez i potu spiesząc na wymarzone wakacje do Bułgarii i straciło tak wiele towaru w postaci papierosów, alkoholu, dżinsu, biżuterii czy obcej waluty. Dziś Medyka to wschodnia granica Unii Europejskiej, uszczelniona niczym drewniane okna pomarańczowym kitem. Zaznaczam, że rzeczona podróż miała miejsce na parę lat przed organizacją Euro 2012 oraz przed tajemniczą inwazją zielonych ludków na Krym.

Droga do Lwowa minęła całkiem znośnie. Było wcześnie rano, ruch był niewielki, a na granicy spędziliśmy tylko półtorej godziny. Procedura po polskiej stronie przebiegała standardowo: paszporty, kilka spojrzeń celników na nasze zaspane twarze i można jechać dalej. Już kilka metrów dalej zaczął się Matrix. Pierwsza budka kontrolna, zatrzymuje nas Pani celnik i wręcza jakieś bliżej nieokreślone karteczki. Jak się okazuje, są to karty imigracyjne, które należy uzupełnić tak samo zarówno na stronie „wjazd” jak i na tej z napisem „wyjazd”. Karty są napisane po ukraińsku i (dzięki Bogu) po angielsku. Należy wypełnić je takimi danymi jak numer paszportu, dane osobowe i….takimi idiotyzmami jak cel podróży czy miejsce pobytu na Ukrainie!!! W rubryce cel podróży wpisaliśmy „TOURIST”, a w rubryce miejsce pobytu jakiś wymyślony adres Lwowski…coś jak Sienkiewiczahhfhgdg 45567, czy coś równie absurdalnego. Jak powszechnie wiadomo – absurd generuje absurd!  Jedziemy dalej, zatrzymuje nas kolejny celnik. Kartki źle wypełnione…brakuje numeru rejestracyjnego samochodu. Wpisujemy brakujące dane i jedziemy dalej. Stoimy w kolejce. Nie wiadomo do czego, nie wiadomo po co. Wreszcie nasza kolej. Wysiadamy z samochodu – odprawa celna – dają kolejne karteczki (dla kierowcy), nikt z celników się nie śpieszy, nikt nie mówi co mamy dalej robić. Nareszcie koniec! Jedziemy dalej….kolejna budka. Tutaj Pan celnik w dużej czapce sprawdza czy podbito nam jakąś tam karteczkę pięć metrów i pięć minut wcześniej. Paranoja…ale udało się…jesteśmy na Ukrainie.

Powrót. Kupiłem sobie trzy kartony papierosów. Jechaliśmy w pięć osób a kierując się zasadą – jeden karton na osobę – nie spodziewałem się żadnych kłopotów. Mój błąd – w tym przygranicznym królestwie absurdu zdarzyć się może dosłownie wszystko. Po ukraińskiej stronie nic specjalnego się nie działo, ot zwyczajne rzeczy…kolejka, nieprzyjemni celnicy, chaos, niewiedza, dezorientacja…normalka.

Po polskiej stronie celniczka o oczach żony Shreka pyta czy mamy jakieś papierosy. Mówię – jasne, trzy kartony. Nie umiem opisać wyrazu zdziwienia jaki zarysował się na twarzy celniczki – było to połączenie mocnego zdziwienia z politowaniem, z jakim najczęściej traktuje się wioskowego głupka. Przepisy się zmieniły. Zaledwie miesiąc temu, ale się zmieniły. Teraz można już tylko przewieźć z Ukrainy po dwie paczki na głowę! Rachunek jest więc prosty. Pięć osób razy dwie paczki równa się dziesięć paczek, czyli karton. Zatem mam dwa kartony za dużo.  Są dwa wyjścia, jak poinformowała mnie miła celniczka. Albo piszemy protokół konfiskacyjny, a to potrwa dwie godziny, albo wracamy do rogatek ukraińskich, tam pozbędę się nadwyżki papierosów i wrócę zaraz na polska granicę. Zapytałem celniczki czy, w związku z zaistniałą sytuacją, nie mogę po prostu wyrzucić papierosów do kosza stojącego dwa metry obok. Powiedziała, że to nie możliwe bo teren jest monitorowany. Wracamy więc na ukraińską stronę. W przygranicznej toalecie zostawiam jeden karton za muszlą, a po krótkim namyśle i drugi przy ścianie jakiegoś budynku…wszystko w pełnej konspiracji, niczym szpieg z krainy deszczowców, albo cinkciarz spod kantoru. Kiepsko to wygląda, ale nie ma wyjścia. Nie uśmiecha się nam powrót na ukraińską ziemię bo na ponowne przechodzenie pogranicznych ukraińskich procedur mieliśmy mniej więcej taka ochotę, jak na poranną musztrę w austrowęgierskich koszarach. Cóż więc zrobić? Może by tak sobie po prostu zawrócić na polska granice. Pan w budce się nie zgodził. Był to Polak…a jednak nieprzyjaciel. Może Pan przy budce ukraińskiej się zgodzi? Pojdę zapytam. Rozmawiam z nim chwile, on pyta dlaczego nas zawrócili, mowie że za papierosy, a on na to gdzie te papierosy? Mowie, że wyrzuciłem, ale jak chce to mogę przynieść. Powiedział, że jak chcemy to możemy sobie zawracać. Pan z polskiej budki jednak wciąż upierał się przy swoim. No i tak sobie tkwimy gdzieś pomiędzy Polską a Ukrainą w przygranicznym Matrixie, internetowej chmurze, na szczycie góry o dźwięcznej nazwie Absurd. Jednocześnie w dwóch krajach, a jakby w żadnym z nich. Jest jeszcze jedna szansa – ukraiński celnik rozdający karty imigracyjne. Jednak już z pewnej odległości zauważyliśmy, że nie należy on do Armii Zbawienia, a w dzieciństwie nikt nie czytał mu bajek o Calineczce. Ryzykujemy jednak: można zawrócić? – pytam łagodnie. Nie można – mówi celnik o oczach sadysty. Jesteście zdrowi? – zapytał czule, jakby troszczył się o nas. To dawaj na Ukrainę!!!! – ryknął nagle Gebels. Ale my chcemy do Polski!!! – błagamy litościwie. Nie podoba się wam na Ukrainie? Dawaj!!! – zakończył dyskusje celnik-małpolud. Zawiało grozą. Trudno, trzeba jeszcze raz przejść przez Matrix. W pewnym momencie starszy Pan stojący za nami podbiegł do naszego samochodu i zapytał tajemniczo: z cofki jesteśta? Z cofki??? – eee…czyli co? – podrapałem się po głowie, próbując rozszyfrować jakim narzeczem posługuje się jegomość. No…cofnęły was za szlugi? – dopytał nieznajomy. Tak…właśnie tak – potwierdziłem niepewnie. To dajta mu pięć dolców i będzie po sprawie, mówię wam chłopaki.

Chcąc uniknąć kłopotów z polskim CBA, powiem tylko, że po dwóch minutach byliśmy już na Polskiej granicy, a w samym kraju ojczystym po pół godziny ponownej przeprawy z polskimi celniczkami. Jak najszybciej oddaliliśmy się w nieznanym, byle jakim kierunku, czym prędzej zostawiając granicę absurdu za naszymi plecami.

P.s. Zdjęć z granicy oczywiście nie mamy. Gdybyśmy jeszcze wtedy próbowali robić zdjęcia celnikowi-sadyście, z pewnością pisałbym dzisiejszy tekst z ukraińskich kazamatów. Ufam jednak, że zdjęcie, które publikuję choć trochę oddaje atmosferę naszej wycieczki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Posted in Podróże guliwera and tagged .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *